Kocie bajki KittyHello.pl
Kocie bajki z domu pełnego mruczenia
Nie każda historia o kocie musi być poradnikiem. Czasem wystarczy parapet, karton, nocne światło i koci bohater, który jest święcie przekonany, że właśnie odkrył coś najważniejszego na świecie.
Autorski cykl KittyHello
Historie do czytania powoli
„Kocie bajki” to autorski cykl KittyHello.pl — lekki, ciepły i trochę przewrotny. Bohaterowie są literaccy: mają własne imiona, zwyczaje i przygody, ale nie opisują konkretnych kotów z hodowli.
Opowieści powstały z obserwacji tego, co w kotach najbardziej znajome: ciekawości, uporu, zamiłowania do pudełek, nocnych patroli i talentu do pojawiania się dokładnie tam, gdzie miało ich nie być. Można je czytać dzieciom, przed snem albo po prostu dla przyjemności.
Bajka 01
Kotek, który bał się zasnąć
Aster uważał, że nocą dzieją się najważniejsze rzeczy. Problem w tym, że żeby zobaczyć je wszystkie, nie wolno było ani na chwilę zamknąć oczu.
W domu przy Woskowej noc zaczynała się zawsze podobnie. Najpierw gasło światło w kuchni. Potem milknął czajnik, którego szum w ciągu dnia słychać było prawie bez przerwy. Na samym końcu ktoś przechodził przez salon, poprawiał poduszkę na fotelu i mówił: „Dobranoc, maluchy”.
Dla trzech kociąt był to sygnał, żeby natychmiast znaleźć sobie wygodne miejsce. Jedno zwijało się w kulkę pod stołem. Drugie wdrapywało się na fotel. Trzecie zasypiało wszędzie tam, gdzie akurat dopadł je sen. Tylko najmniejszy z nich nie chciał spać.
Nazywał się Aster. Miał jasne futerko, ciemne uszy i oczy tak wyraziste, że kiedy długo patrzył w okno, wydawało się, że kawałek wieczornego nieba został w jego spojrzeniu.
Każdej nocy siedział przy szybie. „Idź spać” — mruczała jego siostra. „Jeszcze chwilę” — odpowiadał. „Wczoraj też mówiłeś jeszcze chwilę”. Aster wtedy milkł, bo nie chciał wyjaśniać, że wcale nie chodziło mu o brak senności.
Prawda była taka, że bał się zasnąć. Nie bał się ciemności. Ciemność była nawet ciekawa. Za oknem pojawiały się wtedy cienie drzew, czasem przejeżdżał samochód, a po suficie przesuwała się jasna smuga reflektorów. Aster bał się czegoś zupełnie innego: że podczas snu wydarzy się coś ważnego.
Może przez ogród przejdzie lis. Może na parapecie usiądzie największa ćma na świecie. Może księżyc spadnie trochę niżej i będzie można dotknąć go łapą. Aster nie chciał tego przegapić.
Pewnej nocy usłyszał ciche drapanie. Raz. Drugi. Trzeci. Nastawił uszy. Dźwięk dochodził spod fotela. Powoli zeskoczył z parapetu, położył się płasko na brzuchu i zajrzał w ciemność.
— Halo? — szepnął. Coś zaszeleściło. Po chwili spod fotela wysunęła się mała, szara myszka. Nie wyglądała szczególnie groźnie. Właściwie wyglądała na bardziej przestraszoną od niego.
Aster zrobił krok do przodu. Mysz zrobiła krok do tyłu. Aster przechylił głowę. Mysz zrobiła to samo. „Powinienem chyba cię złapać” — powiedział po chwili. Mysz zmarszczyła nos. „A musisz?”. Kotek zastanowił się. „Nie wiem. Nigdy wcześniej nie łapałem myszy”. „To może nie zaczynaj dzisiaj”. Była to całkiem rozsądna propozycja.
Mysz nazywała się Migotka i przypadkiem weszła do domu przez uchylone drzwi. Teraz nie potrafiła znaleźć wyjścia. Aster postanowił ją odprowadzić. Przeszli przez salon bardzo cicho. Migotka biegła przy ścianie, a kotek maszerował obok, starając się wyglądać jak ktoś, kto dokładnie wie, co robi.
Kiedy dotarli do drzwi tarasowych, Aster zatrzymał się. Za szybą świecił księżyc. Był ogromny. „Widzisz?” — powiedział. „Właśnie dlatego nie śpię. Nocą ciągle coś się dzieje”. Migotka spojrzała na niego i zapytała: „A rano?”.
Aster zamrugał. „Co rano?”. „Rano też coś się dzieje. W dzień też. Nie da się zobaczyć wszystkiego”. Ta myśl zupełnie mu się nie spodobała. „Dlaczego?”. „Bo wtedy nie zostałoby czasu na spanie”.
Migotka przecisnęła się przez niewielką szczelinę i zniknęła w ogrodzie. Aster jeszcze chwilę patrzył na księżyc. Nie spadł. Ćmy również nie było. Lis najwyraźniej miał tej nocy inne plany.
Kotek wrócił więc do rodzeństwa, wcisnął się pomiędzy dwa śpiące kocięta, obrócił trzy razy, poprawił łapkę pod brodą i zamknął oczy.
A następnego ranka wydarzyło się coś ważnego. Po raz pierwszy zobaczył, jak słońce wpada do salonu i tworzy na dywanie ciepłą plamę. Położył się dokładnie pośrodku. „O” — pomyślał. „Tego też wcześniej nie widziałem”. I zasnął jeszcze raz.
Wróć do spisu bajek ↑Bajka 02
Królewski ogon i zaginiona wstążka
Mela była przekonana, że jej puszysty ogon zobowiązuje ją do wielkich rzeczy. Pewnego dnia przyszła pora, żeby udowodnić to całemu salonowi.
Mela miała ogon, o którym sama myślała z wielkim szacunkiem. Był długi, puszysty i układał się za nią jak miękki tren. Kiedy przechodziła przez salon, nie chodziła zwyczajnie. Przynajmniej w swoim przekonaniu. Ona odbywała przejście.
Najchętniej siadała na wysokim oparciu fotela. Stamtąd widziała prawie wszystko: stół, drzwi, parapet, miskę z wodą i szafkę, na której leżały rzeczy zdecydowanie zbyt ciekawe, żeby pozostawiać je bez nadzoru.
Pewnego popołudnia na tej właśnie szafce pojawiła się wstążka. Cienka, jasna i połyskująca. Ktoś przyniósł ją razem z papierem do pakowania i przez chwilę zajmował się czymś przy stole. Mela obserwowała wstążkę bez mrugnięcia.
Wstążka poruszyła się lekko od przeciągu. To wystarczyło. Mela zeskoczyła z fotela, podeszła dwa kroki i usiadła. Nie wolno przecież rzucać się na tajemnicze przedmioty bez przygotowania. Najpierw trzeba było je ocenić.
Ocena trwała może trzy sekundy. Potem Mela była już na szafce.
Dotknęła wstążki jedną łapą. Wstążka przesunęła się. Dotknęła drugi raz. Przesunęła się znowu. Przy trzecim dotknięciu spadła na podłogę, a Mela rzuciła się za nią z godnością, która skończyła się mniej więcej w połowie skoku.
Wstążka przemknęła pod komodą. Mela zatrzymała się tak gwałtownie, że jej królewski ogon wyprzedził ją o pół obrotu.
Zajrzała pod mebel. Ciemno. Wyciągnęła łapę. Nic. Wyciągnęła drugą. Też nic. Wstążka zniknęła.
To było niedopuszczalne. W domu mogły ginąć skarpetki, długopisy i raz nawet drewniana łyżka, ale rzecz, którą Mela właśnie uznała za swoją, nie miała prawa zniknąć.
Rozpoczęło się śledztwo. Najpierw sprawdziła pod fotelem. Potem za zasłoną. Potem w pudełku, choć było zupełnie jasne, że wstążka nie mogła sama wejść do pudełka. Na wszelki wypadek Mela weszła tam osobiście i siedziała przez chwilę, żeby upewnić się, że niczego nie przeoczyła.
Do poszukiwań dołączył Borys, młodszy kot, który bardzo chciał pomagać, lecz miał szczególny talent do komplikowania prostych spraw. Po pięciu minutach odnalazł piłeczkę, dwa papierki i własny ogon. Wstążki nie.
W końcu Mela wróciła pod komodę. Położyła się, przycisnęła policzek do podłogi i spojrzała głębiej. Coś błysnęło. Była tam. Daleko, przy samej ścianie.
Mela wsunęła łapę najdalej, jak potrafiła. Brakowało kilku centymetrów. Spróbowała jeszcze raz. Nic. Borys patrzył na nią z tyłu.
— Może trzeba poprosić człowieka? — zaproponował.
Mela odwróciła głowę bardzo powoli. W jej spojrzeniu było wszystko, co trzeba wiedzieć o tej propozycji. Królewski kot nie prosi o pomoc w sprawie wstążki.
Minęła minuta. Potem druga. Mela westchnęła i usiadła obok komody. Borys również usiadł. W tej samej chwili do pokoju wszedł człowiek, zobaczył dwa koty wpatrujące się pod mebel, uklęknął i bez słowa wysunął wstążkę długą linijką.
Mela chwyciła zdobycz i odeszła z podniesioną głową. Nie powiedziała dziękuję. Nie było takiej potrzeby. Wszyscy przecież wiedzieli, że to ona prowadziła całe śledztwo.
Wieczorem wstążka leżała obok fotela, a Mela spała z ogonem zawiniętym wokół łap. Wyglądała bardzo dostojnie. Borys, zanim zasnął, spojrzał na nią i pomyślał, że prawdziwa królewskość chyba nie polega na tym, żeby wszystko zrobić samemu. Czasem wystarczy umieć tak patrzeć, żeby ktoś inny zrozumiał, co ma zrobić.
Wróć do spisu bajek ↑Bajka 03
Parapet, który znał wszystkie poranki
Luna codziennie zajmowała to samo miejsce przy oknie. Była pewna, że świat zaczyna działać dopiero wtedy, gdy ona już na niego patrzy.
Luna budziła się wcześnie. Nie dlatego, że była szczególnie obowiązkowa. Po prostu o piątej rano w domu panowała cisza tak czysta, że każdy dźwięk miał własne miejsce.
Słychać było rurę od ogrzewania. Czasem lodówkę. Czasem samochód na ulicy. A jeśli dzień był ciepły i okno zostawiono uchylone, do środka wpadały odgłosy ptaków, które najwyraźniej również uważały, że spanie po świcie jest stratą czasu.
Luna miała swój parapet. Był szeroki, jasny i dokładnie na tyle ciepły, żeby dało się na nim siedzieć długo bez żadnego konkretnego powodu. Każdego ranka wskakiwała tam, zanim ktokolwiek w domu wstał.
Z parapetu widziała fragment ulicy, kilka drzew i dach po drugiej stronie. Znała już wiele porannych zwyczajów. Mężczyzna z psem pojawiał się niemal zawsze o tej samej godzinie. Pani w czerwonej kurtce chodziła szybciej, kiedy padało. Dostawczy samochód robił dużo hałasu, chociaż wykonywał bardzo mało interesujących ruchów.
Najbardziej Luna lubiła chwilę, gdy noc jeszcze nie całkiem odchodziła, ale niebo przestawało być czarne. Wszystko robiło się wtedy niebieskoszare. Drzewa wyglądały jak wycięte z papieru, a szyba odbijała koci pyszczek tak wyraźnie, że Luna czasami dotykała nosa swojego odbicia.
Pewnego ranka na zewnętrznym parapecie usiadł wróbel. Był mały, okrągły i zdecydowanie zbyt pewny siebie. Luna zastygła.
Wróbel przekręcił głowę. Luna również. Wróbel podskoczył. Luna przesunęła jedną łapę. Szyba pozostawała między nimi i najwyraźniej wróbel doskonale o tym wiedział.
— Nie powinieneś siadać tak blisko kota — powiedziała Luna, choć oczywiście wróbel usłyszał tylko ciche „mrr”.
Ptak dziobnął coś niewidocznego, poprawił piórka i spojrzał na nią jeszcze raz. Luna poczuła, że została zlekceważona. Przybliżyła pyszczek do szyby.
Wtedy wróbel odleciał.
Luna patrzyła za nim długo. Nie była rozczarowana. Wręcz przeciwnie. Teraz wiedziała, że warto tu być jeszcze wcześniej.
Następnego dnia przyszła na parapet o kilka minut przed świtem. Wróbla nie było. Dzień później również. Trzeciego dnia Luna zaczęła podejrzewać, że spotkanie było jednorazowe i że być może wróbel miał własny parapet, na którym musiał pilnować własnego świata.
Wtedy po raz pierwszy zauważyła coś innego. Gdy słońce wychodziło zza dachów, światło przesuwało się po ścianie salonu bardzo powoli. Najpierw dotykało framugi. Potem obrazu. Potem końca kanapy. Na samym końcu dochodziło do parapetu.
Luna czekała. Kiedy ciepły promień przeszedł przez jej futro, zamknęła oczy. Przez kilka minut nie patrzyła na ulicę, nie pilnowała drzew i nie sprawdzała, czy wróbel wrócił.
Świat mimo to działał dalej.
To odkrycie było trochę niepokojące, ale również bardzo wygodne. Luna zwinęła się na parapecie, położyła głowę na łapie i zasnęła w pierwszym porannym słońcu.
Od tamtej pory nadal wstawała wcześnie. Ktoś przecież musiał sprawdzić, czy poranek zaczął się prawidłowo. Ale kiedy już wszystko było na swoim miejscu, Luna pozwalała światu radzić sobie samemu przez następne pół godziny.
Wróć do spisu bajek ↑Bajka 04
Najważniejsze pudełko w domu
Karton po lampie miał zostać wyrzucony jeszcze tego samego dnia. Tak przynajmniej uważał człowiek. Kot miał w tej sprawie zupełnie inne informacje.
Pudełko pojawiło się w salonie w sobotę. Było duże, brązowe i pachniało papierem, magazynem oraz czymś, czego Feliks nie potrafił nazwać, ale co zdecydowanie wymagało sprawdzenia.
W środku wcześniej znajdowała się lampa. Lampa została wyjęta, ustawiona w kącie i podłączona do prądu. Pudełko zostało puste. Dla człowieka oznaczało to koniec jego użyteczności. Dla Feliksa — początek.
Najpierw obszedł karton dookoła. Potem obwąchał każdy róg. Następnie wsadził do środka głowę, jedną łapę i połowę drugiej. Po chwili całego kota nie było widać.
— Wyrzucę to później — powiedział ktoś.
Z pudełka dobiegło krótkie, bardzo stanowcze miauknięcie.
„Później” okazało się terminem trudnym do ustalenia. Feliks jadł śniadanie i wracał do pudełka. Bawił się piłeczką i wracał do pudełka. Spał na kanapie, ale po przebudzeniu natychmiast szedł sprawdzić, czy karton nadal stoi.
Po południu do środka trafił kocyk. Nikt nie przyznał się, kto go tam włożył. Feliks uznał to za naturalny etap urządzania nieruchomości.
Wieczorem pudełko miało już dwa wejścia, ponieważ jedno z nich Feliks wygryzł sam. Drugie powstało przy pomocy nożyczek, ale tę część historii uważał za mniej istotną.
Następnego dnia do kartonu próbowała wejść Mela. Feliks siedział w środku.
— Zajęte — powiedział.
Mela wsunęła głowę przez boczne wejście.
— To jest pudełko.
— To jest mój pokój.
— Nie ma drzwi.
— Ma dwa.
Mela rozejrzała się i musiała przyznać, że pod tym względem Feliks miał rację. Mimo to weszła do środka. Przez minutę siedzieli razem w absolutnej ciszy, zajmując prawie całą przestrzeń. Potem Mela wyszła i położyła się na fotelu, dając do zrozumienia, że karton nigdy specjalnie jej nie interesował.
W poniedziałek człowiek podniósł pudełko. Feliks pojawił się obok tak szybko, jakby został przywołany alarmem.
— No dobrze — usłyszał. — Jeszcze kilka dni.
Feliks usiadł. Nie mruczał. Nie chciał przesadzić z okazywaniem wdzięczności.
Kilka dni zmieniło się w tydzień. Tydzień w dwa. Karton trochę się zapadł, jedna klapka zaczęła odstawać, a boczne wejście było teraz znacznie większe niż na początku.
Pewnego ranka Feliks przestał do niego wchodzić.
Pudełko stało puste przez cały dzień. Potem drugi. Trzeciego dnia człowiek wyniósł je do recyklingu. Feliks obserwował wszystko z kanapy, spokojny i obojętny.
Tego samego wieczoru przyszła paczka.
Była mniejsza, ale za to miała wyjątkowo gruby karton.
Feliks zeskoczył z kanapy jeszcze zanim taśma została przecięta. Nie tęsknił za starym pudełkiem. Koty doskonale wiedzą, że prawdziwe skarby mają jedną ważną cechę: prędzej czy później przychodzi następny.
Wróć do spisu bajek ↑Biblioteczka KittyHello
Jeszcze jedna historia?
Ta część strony jest pomyślana jako kompletna biblioteczka, a nie obowiązkowy kalendarz publikacji. Kolejne opowieści mogą pojawić się wtedy, kiedy naprawdę będzie na nie dobry pomysł.